|
Recenzje
|
|
Bernard Maseli "Pod Filarami"
Bernard Maseli - wybitny polski wibrafonista, kompozytor, aranżer
i producent zarazem, był gościem gorzowskiego Jazz Clubu "Pod Filarami". Jego koncert, zorganizowany w ramach ogólnopolskiej trasy „Diary” zainaugurował w sobotę, 11 października 2008 r., jesienny sezon artystyczny.
Swoją karierę muzyczną Bernard Maseli rozpoczął w 1985 r. na Festiwalu „Jazz nad Odrą” we Wrocławiu, grając z zespołem "Walk Away", z którym to stworzył łącznie 12 płyt
i wystąpił na najsłynniejszych i najważniejszych festiwalach jazzowych, zarówno w kraju („Jazz Jamboree" w Warszawie), jak i za granicą ("Jak-Jazz" w Indonezji). Na swoim koncie ma współpracę m. in. z amerykańskim trębaczem światowej sławy - Milesem Davisem, oraz wokalistkami Urszulą Dudziak, Anną Marią Jopek czy Ewą Bem. Do dziś nagrał i wyprodukował blisko 40 płyt (!). Aktualnie jednocześnie koncertuje z zespołem „The Globetrotters”, którego liderem jest Kuba Badach, oraz realizuje solową trasę pod nazwą „Diary” – serię występów będących dla artysty swoistym muzycznym pamiętnikiem.
Bernard Maseli związany jest też osobiście z gorzowskim ośrodkiem jazzowym, prowadził tu bowiem przez długi czas legendarną „Małą Akademię Jazzu”, a jego pierwszy nieoficjalny, pełny występ miał miejsce właśnie w Jazz Clubie "Pod Filarami".
Muzyk jest przede wszystkim wirtuozem wibrafonu, czyli potocznie „elektrycznych cymbałek” – instrumentu, na którym gra jest wielkim wysiłkiem i sprawdzianem refleksu
i koordynacji artysty – Bernard Maseli jest jednym z najlepszych w Europie „kat-owców”, o czym przekonać się mogli m. in. goście gorzowskiego Jazz Clubu.W czasie sobotniego koncertu, zadedykowanego tragicznie zmarłym muzykom -- przyjaciołom, Bernard Maseli zaprezentował zarówno kilka zróżnicowanych stylistycznie autorskich utworów, jak i parę reinterpretacji znanych powszechnie kompozycji, na zakończenie zagrał zaś swoje sztandarowe, popisowe „Open Windows”. Muzyka skomponowana w ramach projektu „Dairy” to bogata, swobodna i abstrakcyjna mieszanka jazzu, rocka, funky, muzyki etnicznej oraz innych gatunków, w której każdy słuchacz znajdzie coś dobrego dla siebie.
Artysta zaskarbił sobie serca gorzowskiej publiczności nie tylko niepowtarzalną wrażliwością muzyczną, ale przede wszystkim otwartością, szczerością, dużym poczuciem humoru i dystansem, zarówno do samego siebie, jak i do rzeczywistości. Na koniec występu publika obdarzyła muzyka owacjami na stojąco, a Bernard Maseli zachęcony zasłużoną, entuzjastyczną reakcją słuchaczy, zagrał na bis.
(tekst: Tomasz Setta)
źródło:Gorzowski Informator Kuturalny |
|
Jeunesses Musiceles za nami
Po raz kolejny Bernard Maseli wystąpił dla jaworznickiej publiczności. Nie kryje, że bardzo lubi klimat stworzony przez tutejszych fanów jazzu, toteż przyjeżdża do nas chętnie w różnych formacjach. Ostatnio gościliśmy Go wraz z grupą Walk Away, ale wtedy grał na instrumencie elektronicznym. Dziś wraca do akustycznych brzmień i właśnie mieliśmy okazję podziwiać przepiękne dźwięki wibrafonu wzruszane zaczarowanymi pałeczkami Bernarda, w towarzystwie formacji Maseli Acoustic Trio z Michałem Jaroszem na kontrabasie i Krzysztofem Gradziukiem na perkusji.
To jeden powód, dla którego warto było przyjść na koncert. Drugi, to taki, że nawet malkontenci, którzy sądzą, że nie interesuje ich taka muzyka, mogli pozostać mile zaskoczeni. Program występu Tria przewidział interpretacje znanych utworów, należących do tak zwanej muzyki rozrywkowej, niemniej tej ambitnej jej odmiany. Na wstępie usłyszeliśmy utwór który wylansowała Norah Jones - "Don`t know why". Ale nie tak łatwo było poznać ten utwór, co wykorzystał Bernard, pytając publiczność, czy go zna. Oczywiście na widowni znalazły się osoby potrafiące wymienić wykonawcę i tytuł. I tak było z kolejnymi utworami: "Sunshine Of Your Love" - grupy Cream, czy "The Way You Make Me Feel" - Michaela Jacksona.
Przepiękne, nastrojowe interpretacje utworów sprawiły, że koncert minął tak szybko, że nawet sami muzycy byli zdziwieni, że już tyle czasu upłynęło.
Ale czekała nas spora niespodzianka. W pewnym momencie Bernard Maseli zapowiedział występ swego przyjaciela, Jerzego Główczewskiego, który wraz z grupą wykonał dwa utwory na saksofonie. Jerzy Główczewski to bardzo znany muzyk, mający na swoim koncie wsółpracę z wieloma artystami, między innymi z Grażyną Łobaszewską i Jarosławem Śmietaną. Obecnie gra on w jednej z formacji Bernarda Maselego "The Globtrotters".
Ciekawy wieczór przeplatany wesołymi opowiastkami artysty, ale i z refleksyjnym akcentem wspominającym zmarłego niedawno przyjaciela muzyka, Steva Logana, którego tez w Jaworznie gościliśmy kilka razy.
Jemu też poświęcony został jeden z utworów.
Pozostaje czekać aż znów Bernard Maseli zagości w Jaworznie, bowiem ma tutaj wierne grono słuchaczy. Tak więc zapraszamy
źródło:www.imprezy.jaworzno.pl
Autor: Alex 18.02.2007. |
Bernard Maseli wystąpił w Lesku
2005-08-08
7. sierpnia w leskiej herbaciarni „Biesy i Czady” odbyło się spotkanie – koncert Bernarda Maseli. Znany z występów z zespołem Walk Away pochodzący z Trójmiasta wirtuoz wibrafonu zgotował słuchaczom zaskakujący muzycznie spektakl. Ku zaskoczeniu części publiczności, spodziewającej się wykorzystania klasycznego wibrafonu, muzyk swoje kompozycje zaprezentował z wykorzystaniem najnowszych technologii: sampler, specjalny instrument o nazwie „Kat” oraz zestaw z efektami cyfrowymi.
– W muzycznych kręgach nazywamy ten instrument „deską do prasowania” – żartował Bernard Maseli. – Faktycznie, może nie wygląda on zbyt szczególnie, ale daje niesamowite możliwości i można grać na nim nie tylko za pomocą typowych pałeczek, ale nawet dłonią – dodał muzyk demonstrując jednocześnie reagowanie instrumentu na nacisk przedramieniem.
Podczas blisko 2-godzinnego koncertu zakończonego 3 bisami oprócz dynamicznych, nowoczesnych kompozycji wymagających od muzyka niezwykłej wirtuozerii usłyszeliśmy brzmienie niezwykłego instrumentu przywiezionego z Indonezji, a pochodzącego oryginalnie z Afryki o nazwie „calimba”. Na koniec ze specjalną dedykacją dla pupila herbaciarni – kota Kelnera, Bernard Maseli zagrał utwór „Wlazł kotek na płotek”, którego przepiękna interpretacja z elementami improwizacji była oklaskiwana ponad minutę.
Cieszy fakt, że tak niezwykłe muzycznie wydarzenia coraz częściej mają miejsce w Bieszczadach. Po raz kolejny tutejsza publiczność utwierdziła profesjonalnych muzyków w przekonaniu, że warto tutaj przyjeżdżać, gdyż zawsze znajdą tutaj entuzjastycznie nastawionych odbiorców.
źródło: Serwis www.bieszczady.pl |
|
Radosna magia dźwięku, czyli muzyczni czarodzieje
Na gorące owacje zachwyconej publiczności, okrzyki ukontentowania i niekończące się bisy zasłużyli w Łomży czterej utalentowani muzycy z zespołu The Globetrotters, którzy wczoraj wystąpili z koncertem podczas Łomżyńskiej Jesieni Kulturalnej, zorganizowanej przez Miejski Dom Kultury Dom Środowisk Twórczych. Bernard Maseli (wibrafon i kalimba), Jerzy Główczewski (saksofon altowy i sopranowy, flet poprzeczny), Nippy Noya (instrumenty perkusyjne i kalimba) oraz Kuba Badach jako cudownie wszechstronny wokalista stworzyli znakomity kwartet i radosną atmosferę. Ucztę duchową!
Entuzjazm muzyków udzielił się niemal od początku ok. 150-osobowej widowni w sali na drugim piętrze MDK DŚT. Miłośników kultury wysokiej przybyło tylu, że zabrakło krzeseł. Trudno zaklasyfikować stylistycznie utwory, autorstwa głównie Bernarda Maseli, który założył zespół w 1999 r. (warto przypomnieć, że występujący od 28 lat wirtuoz był już w Łomży z Urszulą Dudziak i Krzysztofem Ścierańskim).
Tym razem usłyszeliśmy utwory nawiązujące do tradycji etnicznych muzyki afrykańskiej, indyjskiej, śródziemnomorskiej, latynoskiej, polinezyjskiej i Bóg raczy wiedzieć, jakiej jeszcze. Niektóre utwory brzmiały jakby wyjęte z kręgu czystego jazzu, inne balansowały na granicy jazzrocka i muzyki elektronicznej. Bogactwo dźwięków powstało z połączenia kunsztu i wyobraźni muzyków oraz rozbudowanego instrumentarium.

Z łomżyńskim perkusistą Przemysławem Starachowskim obejrzeliśmy sobie laboratorium cudownych dźwięków Globetrotters. Najbardziej zaintrygowała mnie kalimba. To płaska drewniana skrzyneczka z metalowymi sztabkami, które trącane kciukami dają brzmienie np. pozytywki, katarynki albo wodospadu czy pojedynczych kropel. A do tego, m.in., płaskie kongi, bongosy (rodzaje bębenków), guiro (wielkości sporego bakłażana dającego efekt tarki), gongi, cowbells (krowie dzwonki), agogo bells (metalowe stożki, przypominające kościelne zagaszacze świec), marakasy (grzechotki) i janczary (dzwonki jak bombki choinkowe, osadzone w kilku rzędach na drążku). Instrumentów było więcej, ale niektóre pojawiały się dopiero w trakcie żywiołowego grania. Przez moment zastanawiałem się nawet, czy Nippy Noya zagra na swoim naszyjniku, przypominającym buddyjski różaniec kontemlacyjno-medytacyjny... Bernard Maseli na wibrafonie, brzmiącym np. jak klasyczny fortepian, organy katedralne czy Hammonda, wyczarował nawet kilka akordów puszystymi włosami, chociaż poprawnie uderza się w sztaby trzymając po dwie pałeczki w ręce. A metalowy trójkąt, jaki znamy z przedszkola, zamienił się w dłoniach Nippy'ego Noya w cudowną fabrykę złudzeń, gdy nie wiadomo było, czy poruszamy się wśród klaksonów wielkiego miasta czy wśród cykad, świerszczy lub rechotu żab. Czy to liście szeleściły, czy łany zbóż...? Tykające zegary, odgłosy ptaków i owadów, maszyn i kroków przechodniów, zanurzone w tradycji światowej muzyki etnicznej skłaniają pewnie nie mnie jednego do uznania, że w Łomży pojawili się wreszcie twórcy tzw. world music. Jerzy Główczewski zaimponował improwizacjami na saksofonach, tak że niemal czuło się oddech Jazz Jamboree. A do tego nasza publiczność: pstrykająca palcami, klaszcząca, przytupująca i głośno piszcząca w zachwycie.
Wreszcie - last but not least - zachwycający głos Kuby Badacha. Ależ w tym wokaliście drzemie siła! Wokal raz szorstki i chropawy, innym razem słodki i liryczny. Słyszeliśmy z jednego gardła i płuc wydobyty tenor i falset, bas i baryton, alt i mezzosopran! Jego ogromna swoboda poruszania się w linii melodycznej i poza nią, muzykalność wprost nie z tej ziemi i wyczucie niuansów rytmicznych oraz dar imitowania instrumentów zostaną w pamięci każdego, kto spędził z artystami ów cudowny wieczór.
- Tego mi było trzeba, bo na taki koncert czeka się w Łomży cały rok - chwalił muzyków i organizatorów młody łomżyński gitarzysta Maciej Samluk. - Rok temu na Łomżyńskiej Jesieni Kulturalnej grał przecież saksofonista Adam Pierończyk, a dwa lata temu gitarzysta Marek Napiórkowski! Łomża była spragniona tego koncertu.
Brawo magiczni Globetrotters, brawo organizatorzy z MDK-DŚT, brawo sponsorujący od lat wyczekiwaną Jesień Kulturalną Browar Łomża. Zgrana trójka, bez której nie byłoby nad Narwią muzycznych czarodziejów, którzy dzisiaj w Białymstoku występują z ostatnim koncertem na trasie promującej płytę "Both Sides" (2005).
Mirosław R. Derewońko
Podziękowania dla Adama Gardockiego za zdjęcia.
źródło: www.4lomza.pl |
RYGA
"Diena" (30.11) Inese Lusina w artykule "Inspirujący polski i amerykański jazz"
"Takie koncerty, jak występ polskiego zespołu jazzowego "Walk Away" i saksofonisty Erica Marienthala oraz wirtuoza gitary Deana Browna zdarzają się naprawdę rzadko. Publiczność słuchała i klaskała jak naelektryzowana. Jeszcze chwila i krzesła w sali zaczęłyby latać w powietrzu! Temperament, profesjonalizm, wybitne poczucie zespolenia i hazard improwizacji polskich i amerykańskich muzyków przypadł do gustu słuchaczom i wszyscy na sali odnieśli wrażenie, że mają "wspólne tętno". Był to witalny świat jazzrocka, wzbogacony o fantazję w stylu fusion. Założyciel zespołu, perkusista Krzysztof Zawadzki znakomicie wywiązał się z zadania utrzymywania wspólnego tempa gry i na tym tle mogło zabłysnąć trio solistów - obaj sławni Amerykanie i polski wibrofonista Bernard Maseli. Gitarzysta Dean Brown, którego świetnie pamiętam z czasów występów w zespole Davida Senborna zrobił na słuchaczach ogromne wrażenie. Również na ryskim koncercie nieco rozczochrany "chuligan na scenie" zaskoczył fanatyzmem gitarzysty rockowego, "pieniącą się" i wychodzącą poza ramy realnych możliwości wirtuozerią, a nawet ... wspaniałym wokalem.
Z kolei Eric Marienthal, który swego czasu grał w składzie legendarnego "Chic Corea Electric Band" przyciągał uwagę profesjonalizmem oraz szczególną, szarmancką lekkością wzbogaconą witalną i pełną humoru komunikatywnością. Można tylko podziwiać jak w prosty, niewymuszony i naturalny sposób włączył do zabawy publiczność: zszedł ze sceny na widownię i zagrał muzyczną frazę, zaś publiczność ją powtarzała unisono.
Bernard Maseli wbrew wszelkim prawom fizyki za pomocą czterech pałeczek i dwóch rąk zastępował całą armię instrumentalistów klawiszowych. Znakomicie zaprezentowali się także saksofonista Adam Wendt i gitarzysta basowy Tomasz Grabowy, ani razu nie błądząc w labiryntach synkopowych i skomplikowanej rytmice.
Największe wrażenie na zakochanej w muzyce ryskiej publiczności wywarło jednak niesamowite zgranie, wręcz synchronizm zespołu, wzajemne zrozumienie i budowane na tym wystąpienia i porozumiewanie się duetowe. Po koncercie widownia nie chciała rozstać się z muzykami i część słuchaczy udała się do klubu "Mirage", gdzie odbyła się "Jam Session" z udziałem "Walk Away" ". Autorka kończy przypomnieniem tytułu utworu Joe'go Zavinuli, którego nową interpretację zaprezentował "Walk Away" - "Mercy!, Mercy!, Mercy!
Gazeta "Czas" (4.12.00) zamieszcza artykuł Jekateriny Piewnewej o koncercie "Walk Away" w Rydze oraz wywiad z liderem zespołu Krzysztofem Zawadzkim, wraz z jego zdjęciem i podpisem: "Głupiec ze mnie, że nie zrobiłem sobie zdjęcia z Millesem Davisem".
Recenzentka podkreśla, że „występ odbył się dzięki wsparciu Ambasady RP w Rydze” i dodaje: „Chociaż koncert miał miejsce w dzień powszedni, a ryska publiczność zwykle wybiera się na tego typu imprezy w weekendy, wszystkie trzy miejsca gdzie występowali polscy jazzmani były przepełnione (duża sala Filharmonii Łotewskiej oraz dwa kluby, w których odbyły się "Jam Sessions"), a słuchacze byli zachwyceni występami.”
Tytuły zapowiedzi koncertu: "Neatkariga Rita Avize" (27.11) - "Polscy jazzmani ożywią ryską publiczność", "Mes" (25.11)- weekendowy dodatek do "Neatkariga Rita Avize"- "Jazz w Rydze jak na świecie". Relacje z koncertów w bardzo pozytywnych tonach przekazywały także tutejsze rozgłośnie radiowe, m. in. stacja "SWH".
Departament Systemu Informacji MSZ
źródło: http://www.msz.gov.pl
15 grudnia 2000 roku
Media zagraniczne o Polsce |
25 marca 2008
Walk Away
Minął przedświąteczny amok, minęło świąteczne obżarstwo, czas siąść do bloga :-) Tuż przed Świętami "zajączek" przyniósł do SJC prawdziwą megagwiazdę - Walk Away! Aktualnie w skład zespołu wchodzą: grający na bębnach Krzysztof Zawadzki - założyciel i "odwieczny" leader formacji, Tomasz Grabowy - bas, Marek Podkowa - saksofony oraz ABSOLUTNIE REWELACYJNY wibrafonista Bernard Maseli (skądinąd wykładowca katowickiej Akademii Muzycznej), który zamienił swój szlachetny instument na hybrydę wibrafonu i syntezatora (takie cóś powinno się chyba nazywać "wibra-tor", niestety - nazywa się "malletKAT", czy też "KAT Midi Controller", przez co nieodparcie kojarzy mi się z pewną kapelą pożeraczy kotów ;-) ). To, co na tym cudzie Bernard Maseli wyczyniał zdecydowanie wykracza poza moje mozliwosci opisu. I nie chodzi o to, że był tam fortepian, gitara, harfa czy w końcu właśnie wibrafon. Od czasów ś.p. Roberta Mooga począwszy, nie takie rzeczy zdarzało się słyszeć. To był prawdziwy huragan dźwięków... choć właściwie, nie - to nie jest chyba dobre porównanie. Huragan to chaos, a tu wszystko było na swoim miejscu, nie było jednej przypadkowej nuty. A jednocześnie kaskady dźwięków zalewały mnie szybciej, niz moja mózgownica była w stanie je rejestrować.
No dobra, bo się rozgadałem :-) Zdjęcia z koncertu przypominają konia ;-) : jakie są - każdy widzi. Tradycyjnie już ponarzekam na światło w klubie, ale tym razem dodatkowo nie było gdzie się ustawić: Krzysztof Zawadzki i aparatura Maselego zajmowali całą estradę, sam Maseli, tudzież Marek Podkowa i Tomek Grabowy tłoczyli się między estradą i publicznością, czyli tam, skąd można tanim kosztem zrobić niezłą fotkę. Widać to mniej więcej na pierwszym zdjęciu. Ponieważ nie dorobiłem się jeszcze wystarczająco potężnej lufy ("boom, boom, boom/the biggest gun in town") wiec jest jak jest :-) Zapraszam.
Autor: klaptun Źródło: http://birdland.blox.pl/2008/03/Walk-Away.html |
Zaduszki Jazzowe - The Globetrotters
lilka
pinczow.com
02.11.2008 01:37
Owacjami na stojąco przyjęli Pińczowianie występ zespołu The Globetrotters. Oryginalne połączenie jazzu, soulu, fusion, elementów muzyki etnicznej z ekspresją wykonawców stworzyło niezapomniana atmosferę drugiego koncertu zaduszkowego.
W składzie zespołu zagrali:
Bernard Maseli - wibrafon, Kuba Badach - vocal, Jerzy Główczewski - saksofony, Thomas Celis - Sanchez multiinstrumentalista - instrumenty perkusyjne) .
Koncerty poprowadził znawca jazzu, dziennikarz Ireneusz Felicjańczuk.




Wasze komentarze
»krzychupin 2008-11-02 04:18:38
Stay in Neverland : piękne
Washing of the Water : a na temat tego kawalka sie nie wypowiem powiem tak " niechce sie wstac z miejsca"!!!
http://www.globetrotters.vernet.pl/mp3.htm
Tu mozna sobie je sciagnac :) pozdrawiam
~tdt 2008-11-02 09:17:20
Pięknie, bardzo pieknie.....
~rsc 2008-11-02 16:32:36
DAWNO NIE PRZEŻYŁAM TAKICH EMOCJI. w pińczowie jestem od trzech dni , na koncertach jAzzowych od 30. , ale to co było wczoraj i dziś było czymś co nie da nie da nie da o sobie zapomnieć. szkoda , że was tam nie było ..... szkoda !!!!! Brawo!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
~SFERIS 2008-11-02 16:36:01
w KAŻDYM RADIU MÓWIĄ O pIŃCZOWSKICH ZADUSZKACH. gRATULUJĘ. z BUSKA
~NNN 2008-11-02 16:40:18
NAREZSZCIE JAKIEŚ KOMENTARZE! aLE BYŁO PRZEPIEKNIE
~Marek 2008-11-03 11:52:10
widze, ze Pinczow rozwija sie artystycznie. i nie tylko! bylem na TCF, bylem na Globetrotters. bede u Was jeszcze nieraz! niech moje miasto Wam zazdrosci. pozdrowienia z Jedrzejowa!
~Poprostu JA* 2008-11-04 03:01:44
Byłam w sobotę na The Globetrotters,było rewelacyjnie!!Słuchałam wcześniej ICH kawałków, a muzyka na żywo brzmi jeszcze lepiej!!!!!
Wielki plus dla organizatorów.
~błaszek 2008-11-04 08:46:35
Najlepszy koncert tegorocznych zaduszek -wbiło mnie w krzesło i nie mogłem wstac
|
|
DOKOŁA ŚWIATA
Pomocnik Muzy-natchniuzy przedstawia! Kolejny odcinek namuzowywania...
ODCINEK 7:
DOKOŁA ŚWIATA
Jakiś czas temu miałem ogromną przyjemność wysłuchać na żywo zespołu, który zabrał mnie w niezapomnianą, oryginalną i ekscytującą muzyczną podróż. Bliżej mi nieznani wcześniej podróżnicy, wirtuozi, muzycy przez wielkie M – po prostu The Globetrotters. Grali za miedzą, w Chybiu, więc grzechem byłoby nie udać się na koncert tej kapeli rekomendowanej mi przez wielu znajomych… Oczywiście było warto. To jasne – w przeciwnym razie nie namuzowywałbym teraz o tym. :)
Magia, energia, emocje, różnorodność! Nigdy wcześniej nie słyszałem czegoś tak niezwykłego. Globetrottersi wbili mnie w fotel, wyprali muzycznie, poszerzyli horyzonty… Czterech muzyków, dwa razy więcej gatunków. Po pierwsze wokal (najlepszy w Polsce!) – Kuba Badach. Jeśli miałbym wymyślić jakieś kuriozalne porównanie, to byłoby to: „skrzyżowanie Bobbiego McFerrina i Urszuli Dudziak”. ;) Taki człowiek-orkiestra wydający z siebie przeróżne dźwięki i mający genialną barwę głosu. Muza-natchniuza M. prosiła, żebym dorzucił słówko o Badachu od niej: „szykowny synek”. Poza tym śpiewa również w Poluzjantach - funkowej kapeli założonej ponad 10 lat temu przez studentów Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach. Suche informacje zbyt wiele tutaj nie wniosą (zainteresowanych odsyłam na domową stronę Kuby - www.kubabadach.pl oraz po poradę do dr-a Google i prof. Wikipedia ;)), trzeba po prostu posłuchać jak śpiewa…
Na początek „All I want”:
Żałuję, że nie znałem tego wcześniej…
Oczywiście Badach to nie całe The Globetrotters. Założycielem zespołu jest Bernard Maseli, wybitny wibrafonista, kompozytor oraz wykładowca Akademii Muzycznej w Katowicach. Na instrumentach perkusyjnych gra Nippy Noya, światowej sławy indonezyjski perkusista oraz… mistrz kalimby – afrykańskiego instrumentu, którego niepowtarzalne brzmienie zachwyciło mnie od pierwszego dźwięku…
Kawałek drewna. Kilkanaście blaszek… Fenomen prostoty! Magia! Jeżeli dźwięki kalimby przeniknęły Twoją duszę, to odsyłam na stronę innego wirtuoza i propagatora tegoż instrumentu Marka Holdaway’a:
www.kalimbamagic.com
Wróćmy jednak do bohatera tego odcinka. Nie można zapomnieć o jeszcze jednym instrumentaliście Globetrottersów – Jerzym Główczewskim. Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że potrafi gość porządnie dmuchnąć w saksofon i flet. (Zresztą… każdy z Globetrottersów wykonuję swoją robotę perfekcyjnie.) Poza tym wykłada na Akademii Muzycznej w Katowicach razem z Maselim. Nic dodać, nic ująć… niech gra muzyka i podróżujemy dalej…
… i na koniec, z ukłonem dla Muzy-natchniuzy, która uwielbia covery wszelkie, utwór Sting’a "They dance alone" w wykonaniu Wielkich Podróżników:
I tak oto dotarliśmy do końca kolejnego odcinka naszego kącika kulturalnego, ale muzyczna podróż się nie kończy… Zachęcam wszystkich do odwiedzenia oficjalnej strony zespołu: THE GLOBETROTTERS.
Szukajcie, słuchajcie, dajcie się ponieść dźwiękom… I piszcie do nas.
Pozdrawiam serdecznie!
cRush
-------------------------------------------------------------
|
|
Bernard Maseli & Krzysztof Ścierański w Jazzowni Liberalnej
Najbardziej lubię Benka (bo jakoś tak jest, że jestem z nim na „Benek”, choć z Krzysztofem jestem na „Krzysztof” – nie, żebym kiedykolwiek z nimi rozmawiała, ale gdybym rozmawiała to tak bym do nich mówiła) kiedy stoi na scenie, z lekko przechyloną głową, z pięknymi smutnymi oczami, zazwyczaj zmęczonymi i patrzy - spod tej swojej zwykle za długiej (bo taki ma styl) grzywki – na publiczność, czasem się uśmiecha, ale to tylko w odwzajemnieniu uśmiechu. Patrzy głównie na kobiety - a penny for your thoughts my dear! Kiedy tak patrzy, ja mam ochotę zapomnieć o całym świecie i patrzeć na niego. W jego oczach można byłoby utonąć.
Ale to miała być recenzja muzyczna przecież.
Krzysztofa Ścierańskiego słyszałam ostatnio, kiedy miałam 17 lat. Pamiętam swoje wrażenia, przyspieszone bicie serca przez wiele godzin po koncercie, pobiegłam po autograf, coś mu opowiadałam zachwycona, uśmiechał się spod wąsa … Eh, to były czasy. Potem, jego zdjęcie wiele miesięcy wisiało nad moim łóżkiem. Zamieniłam go dopiero na Milesa. Mam nadzieję, że nie miałby nic przeciwko. Co się zmieniło od tego czasu? Ja się postarzałam … o jakieś 18 lat ;) On wygląda tak samo. No, może skrócił nieco włosy i może ma lekko oszronioną brodę, ale poza tym … naprawdę. I robi wrażenie. Ciągle.
Ale to miała być recenzja muzyczna przecież.
Stanęło na scenie dwóch genialnych muzyków. Obydwu eksperymentujących z dźwiękiem. Nie wystarcza im tradycyjne brzmienie instrumentów – wibrafonu i gitary basowej – dlatego bawią się elektroniką. I jak nie lubię elektroniki, tak w ich przypadku, każde użycie innej barwy instrumentów, wydaje się uzasadnione. Szaleją ze sobą (nie ZA sobą, tylko ZE sobą – mam nadzieję :) – widać, że lubią swoje towarzystwo i muzycznie i poza muzycznie. Są naturalni, swobodni, dynamiczni i romantyczni – zależy od chwili.
Tak, są mistrzami swoich instrumentów. Benek jest przecież profesorem wibrafonu i to nie tylko w przenośni. Kiedy zaczyna grać szybciej, nikt już nie potrafi śledzić ruchu pałek, które biegają w tempie tak szalonym, że niemożliwością wydaje się ich trafianie odpowiednie dźwięki. Krzysztof podobne cuda wyprawia ze swoim basem. Ale to tylko technika. Tylko, bo …
przede wszystkim są mistrzami klimatów. Krzysztof bardziej rytmicznie. Benek bardziej melodycznie. Ale razem – są mistrzami całej muzyki. Sobotni koncert to jeden z tych, kiedy muzycy nakręcają się atmosferą, towarzystwem, nowym miejscem. W Jazzowi Liberalnej dopiero zaczęły się koncerty. Na sali siedziało mnóstwo ich znajomych, atmosfera więc zupełnie familiarna. I w takiej atmosferze najlepiej słucha się jazzu. Klimaty były różne – od standardów Shortera do „Imagine” Lennona. A muzycy jakby chcieli powiedzieć: „a teraz zrobi Wam się smutno” – i było, „a teraz się ubawicie” – i się bawiliśmy. Nie chciało się stamtąd wychodzić.
Chciałam więcej. Wszyscy chcieliśmy więcej. Ale okrutni mieszkańcy Starego Miasta zmuszają - choćby najgenialniejsze klimaty - do wyciszenia o godzinie 22giej. Mieszkańcom machamy rączką, nic nam nie popsuło wrażeń w sobotę. Nawet oni.
niedziela, 26 października 2008, froasia
| |
|
|